Kursor mrugał. Rytmicznie. Bezlitośnie. Odmierzał sekundy mojej pisarskiej bezsilności.

Wcisnąłem backspace, zmazując połowę akapitu, który jeszcze pięć minut temu wydawał mi się całkiem zgrabny. Teraz brzmiał jak cytat skradziony z kalendarza ściennego w poczekalni u dentysty.

– Skasowałeś to o „wychodzeniu ze strefy komfortu”? – usłyszałem zza pleców.

Una leżała na swoim szmaragdowym fotelu, z głową ułożoną na skrzyżowanych łapach. Jej wielkie, ciemne oczy śledziły mnie z mieszaniną politowania i tej specyficznej nudy, na jaką stać tylko rasową arystokrację. Jako niespełna dwuletni Cavalier King Charles Spaniel miała to wpisane w geny. Podobnie jak wrodzony talent do wyłapywania moich najgorszych nawyków o wiele szybciej, niż ja sam zdążyłem je przed sobą ukryć.

– Skasowałem – mruknąłem, nie odrywając wzroku od monitora. – Przecież widzisz. Szukam odpowiedniego sformułowania.

– Szukasz alibi – poprawiła mnie cicho. Jej jedwabiste uszy opadły po bokach pyska. – Chcesz napisać o lęku przed zmianą, a znowu wychodzi ci instrukcja obsługi taniej pralki. Napisałeś przed chwilą: „musisz odblokować swój wewnętrzny potencjał”. Naprawdę? Odblokować potencjał? A kim jest twój czytelnik, ruterem Wi-Fi?

Oderwałem ręce od klawiatury. Zawsze uderzało mnie, jak bezbłędnie punktowała moje ucieczki w sztampę.

– To tylko metafora – broniłem się słabo, zsuwając się nieco niżej w fotelu. – Skrót myślowy. Ludzie znają ten język, wiedzą, czego się spodziewać. Upraszczam, żeby tekst był zrozumiały.

Una przewróciła oczami. Zrobiła to ledwo zauważalnie, przesuwając spojrzenie w stronę sufitu, po czym zwinęła się w ciaśniejszy rogalik. Zawsze była mistrzynią mikroekspresji. Gdyby była kobietą, piłaby teraz czarną kawę w paryskiej kawiarni i niszczyła męskie ego jednym subtelnym podniesieniem brwi.

– To nie metafora, tylko tandeta. Używasz języka, który został przeżuty przez tysiące domorosłych proroków z Instagrama, wypluty na plansze w pastelowych kolorach i sprzedany zdesperowanym ludziom. To intelektualna guma do żucia. Straciła smak trzy dekady temu, ale ty wciąż uparcie próbujesz robić z niej balony.

Westchnąłem. Opadłem na oparcie krzesła. Cała ta samorozwojowa papka opierała się niemal w całości na recyklingu banału. Była zuchwałą maszyną do produkowania złudzeń, a ja z jakiegoś powodu właśnie próbowałem dorzucić do niej swój własny, starannie wypolerowany trybik.

– Wy wcale nie upraszczacie po to, żeby być zrozumianymi – kontynuowała Una, przeciągając się leniwie. – Robicie to, bo panicznie boicie się przyznać, że świat jest gęsty, nieobliczalny i absolutnie odporny na wasze zaklęcia. Obiecujecie, że życie to zamek z klocków. Wystarczy ułożyć je w odpowiedni schemat, wdrożyć poranne afirmacje, wypić wodę z cytryną i nagle neurozy wyparują. Unikacie realnego wysiłku intelektualnego, bo myślenie boli.

Zamilkła na moment. Słyszałem tylko cichy szum wentylatora w laptopie.

– Zauważyłeś, jak bardzo te teksty przypominają gadkę domokrążców? – zapytała, a jej ton był irytująco spokojny. – Zawsze oferują „sekret” albo „niezawodny sposób”. To daje nagły strzał dopaminy. Dwie godziny później czytelnik czuje się jeszcze gorzej, bo uświadamia sobie własną niewystarczalność. Przekaz brzmi: jeśli ci się nie udało, wina leży po twojej stronie. Nie uwierzyłeś wystarczająco mocno. W ten sposób przemysł motywacyjny sprytnie chroni sam siebie przed reklamacjami.

Trafiła w punkt. W to bardzo nieprzyjemne, odsłonięte miejsce, gdzie kończy się pisarskie ego, a zaczyna zwykły, obezwładniający wstyd. Kiedy gonił mnie termin publikacji, o wiele łatwiej było mi skleić kilka mądrze brzmiących zdań o „przekraczaniu własnych granic”, niż wejść w to ciemne, niekomfortowe terytorium. Trudniej jest przyznać przed czytelnikiem, że z niektórych życiowych dołków wychodzi się latami. Że człowiek czasem po prostu czołga się w błocie i nie ma absolutnie żadnej gwarancji, że na końcu tej drogi czeka fanfara i puchar. Czasem czeka po prostu listopadowy wtorek i pusta lodówka.

– Jak w takim razie pisać, żeby nie brzmieć jak dystrybutor tanich uniesień? – zapytałem w końcu, chowając twarz w dłoniach. – Przecież nie mogę napisać ludziom, że prawdopodobnie nic się nie zmieni, a ich charakter to beton, w którym zastygli w dzieciństwie.

– Ktoś, kto ceni prawdę, chętnie by to przeczytał – odparła natychmiast. Zeskoczyła z fotela, podeszła bliżej i usiadła przy moim krześle. – Po pierwsze, przestań traktować ludzi jak idiotów.

Jej głos stracił odrobinę drwiny, a zyskał na rzeczowości.

– Zacznij od wyrzucenia do kosza pierwszej myśli, która przyjdzie ci do głowy. I drugiej też. Zazwyczaj to wcale nie są twoje myśli. To echa algorytmów, zbitki cudzych postów. Ktoś kiedyś powiedział, że życie to podróż, a nie cel. Świetnie, brawo dla niego. Ale powtarzanie tego dzisiaj to lenistwo. Jeśli jeszcze raz zobaczę w twoim tekście gąsienicę, która musi się przepoczwarzyć w motyla, osobiście przegryzę ci kabel od zasilacza. Kopiujecie te same obrazy z masochistycznym uporem.

Spojrzałem na swój na wpół pusty, oślepiająco biały ekran. Banał był bezpieczny. Gładki, krągły i symetryczny. Nikogo nie ranił i nie zmuszał do kwestionowania czegokolwiek.

– Odstaw sztuczne wzmacniacze smaku – Una podrapała się rytmicznie za uchem. – Nie pisz o „mindsecie”, „kwantowych skokach świadomości” i „zarządzaniu energią”. Język motywacyjny działa jak znieczulenie miejscowe u dentysty. Trzyma krótko. Człowiek zamyka zakładkę, wraca do bałaganu i odkrywa, że manifestowanie obfitości nie posprzątało mu kuchni i nie uratowało jego związku. Zdejmij z tego lukier. Zamiast pisać, że po burzy zawsze wychodzi słońce, napisz, jak cholernie zimno jest stać w zalanym przedpokoju, kiedy nie potrafisz znaleźć mopa. Konkret. Zapamiętaj to słowo.

– Używam własnych doświadczeń – zaprotestowałem, choć już znacznie ciszej. – Zawsze byłem w tych tekstach szczery.

Una prychnęła. Zabrzmiało to niemal jak kaszel z politowaniem.

– Czerpiesz ze zredagowanej wersji swojego doświadczenia. Zawsze jesteś w tych historiach narratorem, który już odrobił lekcje. W zeszłym tygodniu opublikowałeś ten pełen wzniosłości wpis o „sztuce odpuszczania kontroli i płynięciu z nurtem”.

– To była całkiem zgrabna rzecz.

– Genialna. Szczególnie w wykonaniu faceta, który przedwczoraj przez czterdzieści minut szukał w koszu na śmieci paragonu, wywracając wszystko do góry nogami, żeby udowodnić kurierowi, że ten pomylił się o osiemdziesiąt groszy. Zrobiłeś awanturę o garść drobniaków. Prawdziwy mistrz zen.

Poczułem, jak krew powoli napływa mi do twarzy.

– To była kwestia zasad.

– To była drobnomieszczańska histeria. – Una położyła pysk na moim kolanie. Jej spojrzenie wwiercało się we mnie bezlitośnie. – Zwykła, pospolita potrzeba udowodnienia obcemu człowiekowi własnej racji. I właśnie o tym powinieneś napisać. Banał rodzi się tam, gdzie autor próbuje uchodzić za mądrzejszego, niż jest w rzeczywistości. Język staje się tandetny, kiedy przestaje dotykać mięsa, a zaczyna odtwarzać to, co ci się wydaje, że powinieneś czuć.

Patrzyłem na nią w milczeniu, trawiąc te słowa. Zaczynałem rozumieć, czego ode mnie wymagała. I dlaczego tak bardzo nie chciałem tego robić.

Pisanie bez banału oznaczało rezygnację z ochrony. Oznaczało stanie w przeciągu. Żeby myśleć głębiej, trzeba było zrezygnować z gotowych szablonów. Trzeba było dogrzebać się do konkretu – do zapachu mokrej sierści, do irytującego dźwięku budzika, do bardzo prozaicznego strachu przed porażką. W tych brudnych detalach kryło się więcej sensu niż w stustronicowym manifeście o optymalizacji życia.

– A jeśli nie mam niczego błyskotliwego do powiedzenia? – zapytałem, czując się ograbiony ze wszystkich swoich sprawdzonych pisarskich chwytów. – Co, jeśli w obliczu prawdziwego, gęstego problemu jedyne, co mogę zaoferować, to brak rozwiązania?

– Wtedy po prostu to piszesz. Albo milczysz – odparła bez wahania. – Milczenie jest o niebo lepsze niż hałas wyprodukowany tylko po to, by zagłuszyć niepewność. Przynajmniej jest w nim godność. Czytelnik wyczuwa każdą kroplę potu, którą ronisz, próbując pozować na oświeconego stoika. Nie musisz kończyć każdego tekstu pozytywną puentą. Czasami wniosek brzmi: „Spieprzyłem to, i jedyne co mam, to wiedza, żeby nie robić tego ponownie”. Koniec. Kropka. Nie musisz tego lukrować. Zostaw czytelnika z niedosytem. Nie dopisuj na siłę sztucznego światełka w tunelu tylko po to, żeby uspokoić własne sumienie.

Odwróciła łeb, jakby temat całkowicie przestał ją interesować. Odeszła powoli na swój szmaragdowy fotel, z gracją, która przypominała mi, jak daleko mi do naturalnej elegancji. Zwinęła się w idealny okrąg, chowając nos pod rudym ogonem. Zamknęła oczy, dając mi do zrozumienia, że darmowe konsultacje redakcyjne na ten kwartał zostały właśnie wyczerpane.

W pokoju zapanowała cisza. Słychać było tylko stłumiony szum z ulicy i miarowy, spokojny oddech dwuletniego psa, który wiedział o życiu znacznie więcej, niż ja kiedykolwiek odważę się napisać.

Gapiłem się w migający kursor. Nie oferował żadnego pocieszenia. Nie miał w sobie ukrytego potencjału. Był po prostu czarną, rytmiczną kreską na pustym ekranie.

Położyłem dłonie na klawiaturze.

– I uważaj na interpunkcję – mruknęła senna Una z drugiego końca pokoju, w ogóle nie otwierając oczu. – Stawiasz o wiele za dużo przecinków. Zawsze to robisz, kiedy panicznie boisz się postawić kropkę.

Zawiesiłem dłonie w powietrzu. Szarość za oknem powoli gęstniała, zlewając się z obiciem kanapy. Zamiast zacząć nowy akapit, powoli opuściłem klapę laptopa. Zamek cicho kliknął.

Ona już spała.

Wydawało mi się, że wiem o pisaniu wystarczająco dużo, by bezpiecznie ukryć się za słowami. Dopóki ktoś nie uświadomił mi, że cała ta praca zaczyna się dopiero w momencie, gdy przestajemy się chować.

Ireneusz Nieznański

Praktyk produktywności, time managementu i pracy z priorytetami, z ponad 30-letnim doświadczeniem w świecie korporacji. Pomaga ludziom i firmom pracować mądrzej, spokojniej i skuteczniej, bez kultu wiecznego zabiegania. Na blogu dzieli się sprawdzonymi metodami, refleksjami o samorozwoju, recenzjami książek non-fiction oraz rozmowami z Uną — ukochaną suczką, która podobno mówi, myśli i przewraca oczami.

READ MORE

Mindful Productivity

BLOG

NEWSLETTER

Zapisz sie do Newslettera!

Odbieraj sprytne lifehacki, powiadomienia o nowych recenzjach książek oraz informacje o kursach i e-bookach, które pomogą Ci przetrwać w korporacyjnym chaosie. Zero spamu, same konkrety pomagające pracować efektywniej i żyć lżej.

Każdą z powyższych zgód możesz cofnąć w dowolnym momencie — wystarczy kliknąć link rezygnacji w każdym e-mailu lub napisać na adres: kontakt@unaeluomo.com. Cofnięcie zgody nie wpływa na zgodność z prawem przetwarzania dokonanego przed jej wycofaniem. Administratorem Twoich danych osobowych jest Ireneusz Nieznański, prowadzący działalność gospodarczą pod firmą Ireneusz Nieznański Consulting, ul. Przasnyska 4A/146, 01-756 Warszawa, NIP: 521 269 04 43, e-mail: kontakt@unaeluomo.com. Dane przetwarzane są na podstawie Twojej zgody (art. 6 ust. 1 lit. a RODO) w celu wysyłki newslettera oraz — jeśli wyrazisz odrębną zgodę — informacji handlowych. Przysługuje Ci prawo dostępu do danych, ich sprostowania, usunięcia, ograniczenia przetwarzania, przenoszenia oraz wniesienia skargi do Prezesa UODO. Podanie danych jest dobrowolne, ale niezbędne do realizacji usługi newslettera. Więcej informacji znajdziesz w Polityce prywatności.
usercartpawbullhorn
linkedin facebook pinterest youtube rss twitter instagram facebook-blank rss-blank linkedin-blank pinterest youtube twitter instagram