
Wentylator w moim laptopie od dobrego kwadransa brzmi tak, jakby sprzęt przygotowywał się do startu z pasa w Modlinie. Spód aluminiowej obudowy nieprzyjemnie parzy mnie w uda. Kawa w kubku dawno straciła temperaturę, zamieniając się w cierpką lurę, ale z czystego przyzwyczajenia wciąż co jakiś czas zmuszam się do wzięcia małego łyka. Ekran rzuca na ściany salonu bladoniebieskie, chłodne światło.
Wpatruję się w górną krawędź okna przeglądarki.
Czterdzieści siedem.
Policzyłem je wczoraj wieczorem. Tyle kart upchnąłem na tej wąskiej przestrzeni. Ikony stron skurczyły się do rozmiarów mikroskopijnych piktogramów. Zlały się w jedną, ciągłą taśmę, na której nie widać już ani jednego słowa z tytułu. Tylko zminiaturyzowane logotypy. Próba trafienia kursorem w konkretną zakładkę bez omyłkowego zamknięcia sąsiedniej wymaga precyzji cyfrowego sapera.
W tych czterdziestu siedmiu kartach zamknąłem obietnicę lepszego siebie. Mam tam fascynujący, rzekomo przełomowy wywiad ze stuletnim japońskim mistrzem stolarstwa, który na dwudziestu stronach tłumaczy, jak łączenie drewna bez użycia gwoździ odzwierciedla harmonię wszechświata. Jest potężny, podzielony na trzy obszerne części esej o geopolitycznym znaczeniu wydobycia litu w Ameryce Południowej. Wnikliwa analiza upadku bałkańskiego brutalizmu. Krytyka późnego kapitalizmu opowiedziana przez pryzmat rosnących cen rzemieślniczego pieczywa z samopszy. Długi, podobno cholernie wciągający reportaż o zapomnianym basiście jazzowym z wczesnych lat sześćdziesiątych.
Wszystko to kiedyś otworzyłem. Uznałem za absolutnie kluczowe dla mojego intelektualnego rozwoju. I zostawiłem na później.
Na ten mityczny, nadciągający zawsze wielkimi krokami leniwy weekend. W mojej wyobraźni taki niedzielny poranek wygląda zawsze tak samo. Budzę się wyspany, bez pomocy budzika. Za oknem świeci łagodne słońce, a w kuchni już pachnie świeżo zmielona etiopska kawa z dripa. Przez trzy godziny w absolutnej ciszy chłonę wiedzę, stając się wyrafinowanym erudytą, z którym przypadkowa rozmowa to czysta intelektualna rozkosz.
Sęk w tym, że mamy środek tygodnia, o szybę głośno uderzają krople deszczu, a ja od godziny gapię się w matrycę i nie przeczytałem nawet pierwszego akapitu o stolarstwie. Zamiast tego czuję fizyczny ciężar tych niezgłębionych tekstów.
Z drugiego końca kanapy dobiega mnie ciężkie, ostentacyjne westchnienie.
Una leży na plecach. Łapy oparła leniwie o welurową poduszkę. Cavalier King Charles Spaniel to rasa wyhodowana po to, by grzać kolana brytyjskiej arystokracji i odpowiednio wyglądać na olejnych portretach z epoki. Moja dwuletnia suczka najwyraźniej uznała jednak, że jej życiowym powołaniem jest bezlitosna dekonstrukcja moich męskich złudzeń.
– Robisz to znowu – mruczy, nawet nie otwierając oczu.
– Pracuję. Organizuję zaplecze informacyjne – odpowiadam z godnością, poprawiając gorącego laptopa na udach.
Una otwiera jedno oko. Tylko jedno. Jest w nim tyle chłodnego politowania, że czuję nagłą potrzebę zapięcia koszuli pod samą szyję.
– Ty niczego nie organizujesz, kochanie. Odprawiasz rytuał. Od godziny patrzysz zbolałym wzrokiem na te same karty. Przewijasz stronę startową w górę i w dół. A potem otwierasz nową zakładkę i sprawdzasz ceny biletów lotniczych do Lizbony na wrzesień. Oboje doskonale wiemy, że we wrześniu znowu będziesz się tłumaczył natłokiem projektów i donikąd nie polecimy.
– Lizbona to luźny plan. Ale te artykuły muszę przeczytać. Poszerzają horyzonty.
– Twój horyzont to w tej chwili trzynastocalowy monitor. Skurczył się do rozmiarów malutkiej ikony, w którą boisz się kliknąć, żeby jej przypadkiem bezpowrotnie nie zamknąć.
Ma rację. Jak zwykle zresztą. Ilekroć zbieram się w sobie, by zrobić wreszcie cyfrowy porządek i ubić choćby połowę tych kart, czuję opór materii. Gdzieś w okolicach żołądka pojawia się dziwny, nieprzyjemny skurcz. Zamknąć zakładkę z japońskim stolarzem to przed samym sobą przyznać, że już nigdy nie poznam tajemnicy łączenia drewna. Utracić tę mądrość. Pozbawić się szansy na bycie tym intrygującym, głębokim facetem, za którego tak bardzo chciałbym uchodzić na kolacjach u znajomych.
– Nie mogę ich po prostu wykasować – mówię ciszej, broniąc z góry przegranej sprawy. – Kiedyś tego szukałem. Wyselekcjonowałem to z morza internetowego chłamu. To ma wartość.
Una podnosi się niespiesznie. Przeciąga, wyginając rudy grzbiet w perfekcyjny łuk. Ziewa, prezentując imponujący zestaw nienagannie białych zębów, i podchodzi bliżej. Siada na odległość wyciągniętej ręki. Jej jedwabiste uszy opadają wzdłuż pyska. Patrzy na mnie jak wytrawny, absurdalnie drogi psychoterapeuta na pacjenta, który szósty rok z rzędu na sesji opowiada ten sam sen o spadaniu ze schodów.
– Przypominasz mi mnie samą z ubiegłego lata – stwierdza rzeczowo. – Pamiętasz, jak byliśmy u twojego brata na wsi?
– Jasne. Dostałaś od niego ogromną wędzoną kość wołową. Nosiłaś ją w zębach przez pół dnia, warcząc na każdego, kto usiłował przejść korytarzem.
– Otóż to. A pamiętasz, co zrobiłam z nią później?
– Wykopałaś pod krzakiem rododendronu krater wielkości średniego meteorytu i ją tam schowałaś. Pół godziny uciskania ziemi nosem.
– Zakopałam ją. Byłam święcie przekonana, że to doskonała, strategiczna inwestycja na trudne czasy. W moich psich kategoriach to był odpowiednik twojego mądrego wywiadu o brutalizmie. Szkopuł w tym, że ja w ułamku sekundy zrozumiałam, że nigdy jej nie wykopię.
Robi pauzę. Doskonale wie, jak budować dramatyzm. Przekrzywia lekko głowę.
– Zabezpieczałam zasoby. Budowałam kapitał. Dostałam swój wspaniały strzał dopaminy już w momencie, w którym kość ostatecznie zniknęła pod ziemią. Próba zjedzenia jej zepsułaby całą zabawę, poza tym ten twardy kawał szpiku połamałby mi zęby. Ty robisz dokładnie to samo z tymi swoimi tekstami o architekturze i litowych bateriach.
Milknę, bo uderzyła z precyzją chirurga.
– Klikasz „Otwórz w nowej karcie” – kontynuuje bezlitośnie – i zakopujesz je w przeglądarce. Ten moment kliknięcia to cała twoja nagroda. W tej jednej, krótkiej sekundzie kupujesz sobie iluzję. Wyobrażenie o tym zrelaksowanym, mądrym facecie, który ma czas, niezachwiane skupienie i wystarczającą pojemność umysłu, żeby to wszystko przeczytać z pogłębionym zrozumieniem. Zrobiłeś zapas. Zakopałeś kość. Ale oboje wiemy, że pod tym krzakiem niczego nie ma. Tylko suchy piach. A czytanie tego wywiadu znużyłoby cię po trzech akapitach. Zresztą pewnie wolałbyś znowu pooglądać na telefonie tych milczących facetów, którzy w szopach odnawiają zardzewiałe siekiery.
Przełykam ślinę. Smakuje cierpką goryczą. Złapała mnie na gorącym uczynku.
Myliłem akt kolekcjonowania informacji z realnym zdobywaniem wiedzy. To moje cyfrowe chomikowanie było tylko tanią polisą ubezpieczeniową dla kruchego ego. Te wiszące u góry ekranu zakładki stanowiły niemy dowód na to, że wciąż do czegoś aspirowałem. Że wciąż zależało mi na zrozumieniu tego absurdalnie skomplikowanego świata, którego zwyczajnie przestawałem ogarniać. Trzymanie ich otwartych w tle dawało mi komfortowe złudzenie, że ta wiedza już tam gdzieś jest. Że w jakiś magiczny sposób, przez samą bliskość krzemu i osmozę, przenika bezpośrednio do mojego krwiobiegu.
Bzdura. Zwykłe alibi na dzisiaj. Dowód, którym machałem sobie przed nosem, żeby udowodnić, że wciąż mi się chce. Ten bystry facet z jutra, który miał to wszystko w skupieniu przeczytać o ósmej rano w niedzielę, wydawał mi się świetnym gościem. Szkoda tylko, że nigdy nie istniał.
Una wzdycha cicho. Uznaje najwyraźniej, że jej misja na ten wieczór dobiegła końca. Obraca się wokół własnej osi trzy razy, ubija niewidzialną trawę na poduszce i zwija w ciasny, rudo-biały obwarzanek.
Zostaję sam na sam z jarzącym się ekranem. Japoński stolarz i lit w Boliwii wciąż czekają na mój ruch.
Najeżdżam kursorem na pierwszą z brzegu ikonę. Pojawia się mały, szary krzyżyk. Cyfrowa gilotyna. Klikam. Karta znika bezszelestnie. Ziemia nie przestaje się kręcić. Pasek z ikonami odrobinę się rozluźnia.
Zostało czterdzieści sześć.
Przez ułamek sekundy czuję fizyczne ukłucie żalu. Zaraz po nim przychodzi jednak coś zupełnie innego. Dziwna, chłodna ulga. Jakby ktoś otworzył zatrzaśnięte okno w dusznym, zadymionym pokoju.
Kursor wędruje na samą górę. Zamiast bawić się w cyfrowego snajpera, klikam w gładzik i z rozwijanego menu wybieram opcję „Zamknij inne karty”. Jeden, niemal niezauważalny ruch palca. Ekran natychmiast miga. Szara taśma zakładek znika w ułamku sekundy, pozostawiając sterylną, białą pustkę nowej strony startowej. Wycie wentylatora pod obudową cichnie, płynnie przechodząc w ledwie słyszalne mruczenie uspokojonej wreszcie maszyny.
Zamykam klapę laptopa. W salonie zapada gęsty mrok, rozcinany jedynie przez pomarańczowe światło ulicznej latarni, które wdziera się przez niedomknięte żaluzje i kładzie na dywanie w proste pasy. Biorę do ręki zimny kubek. Na dnie została gęsta resztka fusów, bezgłośnie omijająca brzegi porcelany przy każdym powolnym ruchu nadgarstka. Zza oparcia kanapy dobiega mnie tylko rytmiczny, senny oddech psa, który doskonale wie, jak zostawiać przeszłość w ziemi.
